Polityka to taki teatr, sejm to taka arena - Pomia.pl - Portal Pozytywnych Treści
Dzisiaj jest: 29 Marzec 2017    |    Imieniny obchodzą: Wiktoryna, Cyryl, Eustachy

STRONA W TRAKCIE ZMIAN - Poszczególne elementy mogą nie działać prawidłowo. ZAPRASZAMY WKRÓTCE

„Ktoś, kto zapomina skąd pochodzi, kim jest i wydaje mu się, że jest WIELKI – jutro może być bardzo malutki.”

Jan Bury
poseł na sejm RP

Wywiad z posłem Janem Burym.

Jak godzi pan obowiązki polityka i głowy rodziny?

Z trudem, ale z wielką przyjemnością. Jestem politykiem już kilkadziesiąt lat począwszy od Ruchu Młodzieżowego przez Stronnictwo przez Parlament, jak również przez Ministerstwo Skarbu. Zdaje sobie sprawę, że za aktywność społeczną płaci się pewną cenę, jaką jest rodzina. Czasem sobie przypominam, jak robiłem kampanię kilka lat temu, moja córka miała dwa lata. Pamiętam taki obrazek na jednym ze spotkań, a było ponad sto osób, że kiedy przyjechała córka z moim kolegą, który ją przywiózł, ponieważ żona nie miała jej z kim zostawić, zobaczyła mnie i krzyknęła „tata, tata…”. Skończyło się to tak, że to ona dokończyła moje przemówienie. To są takie miłe akcenty i można powiedzieć, że pomogła mi w tym spotkaniu. Refleksja, jaka mi się nasuwa to taka, że to było kilka lat temu, a teraz moja córka ma 13 lat i nie wiem, kiedy się to wydarzyło, ponieważ bywałem w domu dzień, albo dwa
w tygodniu. Mam świadomość, że wszystko, co robię, jeśli chodzi o sprawy zawodowe to robię to kosztem rodziny. Dzisiaj, kiedy córka kończy szkołę podstawową, a w tym wieku dziecko zaczyna mieć swoje humory i mówi do mnie: „.., a Ciebie nigdy nie ma w domu…” i to są te chwile, które bolą, ale tak sobie myślę, czy ona nie ma racji? No, ma rację. Mnie nie ma w domu, kiedy ona potrzebuje tego. Ma tylko mamę, która troszczy się o nią i widzę, jak przygotowuje ją do szkoły. Czasem mam wrażenie, że moja żona też chodzi do szkoły razem z nią, bo tyle czasu spędzają razem, a ja nie. To jest ta cena, którą się płaci za styl życia w moim zawodzie. To jest mój wybór i moja żona, jak i córka to zaakceptowały, ale myślę, że musiały to zaakceptować. Ja realizuję swoją pasję, ale czy one są z tego powodu szczęśliwe? (chwila milczenia…) W części pewnie tak, ale chciałyby, abym był w domu. Nawiązując do pytania to nie jest łatwe godzenie tych dwóch obowiązków.

To dobrze świadczy o pana żonie, która przejmuje obowiązki rodzinne?

Tak to prawda, moja żona jest bardzo pracowitą kobietą i osobiście podziwiam ją za to. Dba o dom, sama sprząta, co jest ewenementem, bo mógłby to robić ktoś inny, ale uważa, że nikt tak dobrze nie wysprząta domu, jak tylko ona sama. Uwielbia pracą w ogrodzie i czasem jest tak, że jak przyjadę z Warszawy do domu to żeby odkupić swoje „grzechy” tj. moje nieobecności w domu - ostatnio cały dzień pracowałem w ogrodzie. Moja żona lubi, jak ja pracuję fizycznie w ogrodzie wykonując różne prace, więc to robię. W ten sposób rekompensuję moją nieobecność w domu.

Wiem, że ma Pan wielkie uznanie społeczne. Jest Pan pozytywnie nastawiony. Proszę powiedzieć, jak to się przedstawia w polityce?

Jako polityk miałem w życiu różne chwile. To fakt, że zawsze mam pozytywne nastawienie, nawet w chwilach trudnych. Generalnie ja ludzi lubię, lubię się z nimi spotykać, rozmawiać. Zauważmy jedną sprawę, że dzisiaj jest się posłem, ministrem, marszałkiem, wojewodą, a jutro nie jest się już tą osobą publiczną i przestaje się pełnić mandat posła, marszałka czy wojewody. Co wtedy? Trzeba umieć wrócić do ludzi, do sąsiadów i być normalnym człowiekiem. Mój ojciec, który ma 82 lata i jest po siedmiu klasach, ale jest oczytanym człowiekiem, nauczył mnie przede wszystkim skromności, pokory wobec rzeczywistości. To właśnie z domu wyniosłem społecznikostwo, bo obserwowałem ojca, który pełnił różne funkcje społeczne. Był prezesem gminnym PSL-u, był sołtysem, pełnił różne funkcje w samorządzie w Przemyślu, w powiecie przeworskim, w gminie Zarzecze. Pomagałem ojcu w różnych pracach biurowych. Gdy mój ojciec był sołtysem ludzie przychodzili z różnymi sprawami, były organizowane różne spotkania. Ja uczestniczyłem w tym i to zaangażowanie społeczne mojego ojca przełożyło się na moje podejście do ludzi. Powoli zaczynałem sam stawać się aktywnym społecznie. Moje przekonanie i motto życiowe to takie, że nie ważne gdzie dzisiaj jesteś, jutro możesz przestać tę funkcje pełnić, ale zawsze trzeba być człowiekiem w każdym miejscu i trzeba mieć skromność i pokorę wobec rzeczywistości. Najważniejszą rzeczą jest to, że trzeba poznawać ludzi na ulicy, w sklepie (bo lubię chodzić na zakupy – zwłaszcza do delikatesów „FRAC”, bo uważam, że to są świetne polskie sklepy) i nie odwracać się, nie unikać. Często jest tak, że witam się z ludźmi, mówimy sobie dzień dobry, czasami nie kojarzymy sobie człowieka, ale warto ten zwrot grzecznościowy zachować.
Uśmiech jest potrzebny politykowi i taka normalność. Ktoś, kto zapomina skąd pochodzi, kim jest i wydaje mu się, że jest WIELKI – jutro może być bardzo malutki.

Jak Pana zdaniem wyglądają polskie media czy informacja, która pochodzi z mediów jest obiektywna i pozytywna, a może negatywna?

Jeśli chodzi o media w Polsce to wygląda to tak, że cenzura partyjna z lat PRL-u została dzisiaj zastąpiona cenzurą właścicielską. Właściciel danego medium ma niesamowity wpływ na to, jaki przekaz danego dnia będzie przekazem obowiązującym. W większości mediów w Polsce – niestety, jak nie ma na pierwszych stronach „krwi, gwałtu, wielkiego przewrotu, korupcji, czy taniej sensacji” to artykuł taki jest niesprzedawalny. Chyba jest tak, że od czasów antycznych ludzie lubią krew. Popatrzmy na film „Gladiator”, w którym jest pokazane, jak człowiek może upaść na dno, ale również potrafi od tego dna się odbić i wypłynąć na powierzchnię. Chociaż okoliczności się zmieniają i minęło już tyle lat od tamtych czasów to atmosfera gladiatorska pozostała. Dawniej była arena, gdzie walczono między sobą, a teraz tym miejscem jest świat, Polska, województwo czy miasto. Scena jest podobna tylko rozmiary są inne. Patrząc na walki gladiatorów, na ludzi podniecających się krwawymi potyczkami, na atmosferę walki, że te czasy trwają. Przełożyć to można na to, że najważniejszą informacją w mediach jest afera, przemoc, ogólnie zło.

Pozytywna informacja typu udana inwestycja, jakieś przedsięwzięcie, świetne Forum Innowacji, oddanie kolejnego odcinka autostrady, jakiś most zrobiony, szkoła, w której jest dobra organizacja czy zdolni uczniowie, jakiś wynalazek czy patent opracowany przez polską uczelnię – to jest informacja, której nie ma, albo jest pisana małym druczkiem. Jest tu duża rola dziennikarzy, bo to oni nakręcają atmosferę, aby szybciej, ostrzej, by się oglądało.

Generalizując, jak sprzedać pozytywną informację?

Mam takie wrażenie, że my, jako politycy i jako media nie potrafimy sprzedać pozytywnej informacji. Trudno jest robić coś na przekór opinii publicznej, która chce czytać i słuchać tej negatywnej informacji. Ludzie chcą sensacji i przemocy, ale dlatego musimy się nauczyć, jak przekazywać pozytywną informację. Może to będzie jakiś nowy magiczny sposób i zaskakujący do tego stopnia, że ludzi zapragną dobrej informacji? Może w ten sposób, może trzeba ”wykrzyczeć” daną informację, może trzeba podkreślić i na końcu postawić pięć wykrzykników.

Nasuwa mi się takie stwierdzenie „pozytywna sensacja”.

Pozytywna sensacja - no dobre słowo, dobre określenie. Właśnie tak powinno być. Ta pozytywna sensacja musi być i w polityce i w każdej dziedzinie życia społecznego.
Na marginesie dodam, że np. Palikot robi różne wygłupy, żarty czy gadżety, a dlaczego? bo ma wtedy dużo wejść na stronę, dużo się o nim mówi. Popularność rośnie, jego rozpoznawalność również, ale później się okazuje, że na końcu dnia wcale nie ma 30% poparcia. To też nie jest metoda. Myślę, że pozytywna informacja przebije się powoli. Dobro jednak zwycięża i trzeba się starać, szukać takich rozwiązań, aby pozytywna informacja wybijała się. Pomysł Wasz też jest dobry, żeby prowadzić portal pozytywnych informacji. To się wyróżnia, bo chyba jesteście jedynymi, którzy piszą i przedstawiają same dobre treści.

No tak jest to jedyny taki portal o pozytywnych treściach, ale chciałbym zapytać Pana o poglądy, ponieważ w polityce spotykamy się z odmiennymi poglądami. Jak to się przekłada na przyjaźń między politykami?

Polityka to taki teatr, sejm to taka arena. Na Sali sejmowej różni politycy z różnych partii przeprowadzają między sobą różne potyczki słowne. Mają tego świadomość, że ten przekaz ukaże się w mediach, oczywiście media wyłapują tą „najlepszą” ich zdaniem część wypowiedzi. Na trybunie każdy wygłasza swoje wystąpienia, często sprzeczne z poglądami innych, ale na korytarzu uśmiechamy się do siebie i rozmawiamy normalnie na różne tematy. Mimo różnic partyjnych jesteśmy kolegami i przyjaciółmi. Czasem się śmiejemy z siebie nawzajem.

Jakie plany polityczne ma Pan na przyszłość?

Ja mam plan bardzo przyziemny. Uwielbiam swoje województwo podparpackie, miasto Rzeszów i nie mam ochoty się z nimi rozłączać ani nigdzie wyjeżdżać, chociaż miałem różne pokusy, aby zamieszkać w Warszawie, ale chyba bym nie potrafił. Myślę, że jak ktoś ze swojego okręgu wyborczego, miasta czy województwa, z którego pochodzi wyjedzie, bo ma propozycję ministra, premiera czy prezesa jakiejś ważnej instytucji to później jest tak, że może się okazać, że nie ma do kogo wrócić. Ja robię to w ten sposób, aby godzić to jakoś i nawet, jeśli wyjeżdżam dwa razy w tygodniu do Warszawy to wracam i jestem również tutaj w Rzeszowie. Satysfakcję daje mi to, że jestem posłem, prezesem zarządu wojewódzkiego PSL-u, czuję się świetnie, jako szef klubu parlamentarnego, chociaż nie jest to łatwa droga.

O czym pan marzy?

Aby PSL miał dobre wyniki w najbliższych wyborach parlamentarnych, żeby nasza praca w samorządzie była doceniona. Jestem zwolennikiem pracy zespołowej, natomiast to czy z tej pracy wyjdzie, że ktoś z nas będzie pełnił funkcję wojewody, premiera, prezesa, marszałka to jest wtórne. Najważniejszy jest zespół, bo dla solistów w polityce nie ma miejsca. Mam też plany życiowe, czyli mieć więcej czasu dla rodziny, dla mojej żony, dla córki, bo jest w coraz trudniejszym wieku dorastania.

To, jak Pan spędza wolny czas z rodziną?

Przede wszystkim wspólna jazda rowerowa, czasem idziemy na spacer wspólnie z sąsiadami w sobotę czy niedzielę. Odwiedzamy znajomych i rodzinę, a mamy jeszcze rodziców, u których jesteśmy, co prawda moja mama jest bardzo chora i leży w szpitalu, ale dwa razy w tygodniu staram się ją odwiedzać. Odwiedzamy moją teściową i moje siostry. Życie rodzinne i towarzyskie jest, ale jest go chyba za mało. Rzadko wyjeżdżamy na wczasy, ale jak już wyjedziemy to naprawdę mamy wspaniałe przeżycia. Ostatnio byliśmy w Ziemi Świętej z żoną i córką z pielgrzymką z bardzo fajnym księdzem Piotrem Mierzwą z Rzeszowa z seminarium. Była również wspaniała grupa, bardzo miłe siostry zakonne, jedna z nich kąpała się w morzu w sutannie, mamy super zdjęcia. Była tam bardzo wesoła i miła atmosfera i popatrzyłem trochę inaczej na pracę tych ludzi, bo z jednej strony skromni i rozmodleni, a z drugiej strony potrafią być wyluzowani i dowcipni. Była to wspaniała pielgrzymka. Łączyła elementy wiary, religii, historii, a i zwiedzania było mnóstwo. Ks. Piotr Mierzwa jest świetnym, biblistą i polecam każdemu wycieczkę z nim, bo można było się przenieść w tamte czasy z opowieściami i z pismem świętym. Ten wyjazd był szczególny dla mojej córki, która niejako zderzyła się z tą rzeczywistą religią, chociaż chodzi na lekcję religii w szkole, ale to było prawdziwe zetknięcie się z wiarą. Był też jej kolega z klasy. W tydzień czasu przeszliśmy śladami Chrystusa, była odnowa sakramentu małżeństwa, sakramentu chrztu przy rzece Jordan. To jest chyba najważniejsze.

Rozmawiał Roman Rzońca

Menu

Regiony

Katalog

Agencja

 

© 2011-2015 POMIA.pl Portal Pozytywnych Treści - Wszystkie prawa zastrzeżone